poniedziałek, 1 kwietnia 2013

VI


'Przeklęte Vikersund'

-Nie jedź. – mocno chwyta za rękaw mojej niebieskiej koszuli i za nic w świecie nie chce puścić. Czuję na swoim nadgarstku jej spoconą rękę i paznokcie, które lekko wbijają się w moją skórę. Kiedy próbuję wyrwać dłoń z tego niezamierzonego ucisku, trzyma jeszcze mocniej. –Proszę, nie jedź.
-Sophie. –wypowiadam jej imię z dużym poruszeniem.
 Próbuję jakoś załagodzić tą chwilę, więc lekko głaszczę jej jasne włosy. Podnosi wzrok i patrzy na mnie swoimi szmaragdowozielonymi, norweskimi oczami. W jednym z nich dostrzegam łzę, malutką kropelkę przepełnioną uczuciami  goryczy, rozpaczy i strachu, o którym tak często wspominała.
- Już tego nie wytrzymam, Tom. –mówi nie spuszczając wzroku.
-Kochanie…- nie potrafię się wydobyć na nic innego, więc zwracam się do niej właśnie tak, jak uwielbia. –To tylko Vikersund, skakałem już tam naprawdę dużo razy i nadal trzymam się w całości. – nie kryję lekkiego rozbawienia.
-Boję się. –nadal patrzy mi w oczy. –Nie ufam tej skoczni.
Zaczynam lekko chichotać, ale mój wyraz twarzy momentalnie się zmienia, kiedy na jej policzkach pojawia się coraz więcej spływających łez.
-Przecież wiesz, że muszę jechać, to moja praca. A Vikersundbakken to tylko najzwyklejszy w świecie mamut, na którym muszę oddać jak najlepsze skoki. Standard. –uspokajam ją.
-I co? – pyta. -Nadal mam martwić się całymi dniami, umierać ze strachu?  A w chwilach, kiedy skaczesz leżeć przykryta kołdrą, zaciskać pięści i po cichu modlić się, żeby wszystko było w porządku ? Ja tak nie potrafię, Tom.
-Jesteś przewrażliwiona. –wypowiadam te słowa bez zastanowienia, i nawet nie zdaję sobie sprawy, jak mocno ją tym ranię.
Odchodzi ode mnie i siada na łóżku. Kryje twarz w dłoniach, znowu płacze. Zastanawiam się, co takiego dzieje się w jej głowie, że tak bardzo nienawidzi Vikersund.  Jakie ogarniają ją myśli, co czuje, dlaczego się boi. Mam dylemat czy podejść  i ją przytulić, czy po prostu pożegnać się i wyjść. Wybieram to drugie.
-Muszę już iść. –mówię i zarzucam torbę na lewe ramię.
-Tom…- znowu na mnie patrzy. –Proszę, obiecaj mi, że wszystko będzie w porządku.
-Zawsze jest. –odgarniam włosy i posyłam jej oczko.
-Tom?
-Obiecuję.
-Wiesz...- zaczyna coś mówić, ale mój dzwoniący telefon nie pozwala jej dokończyć zdania.
- Czekacie ? Dobra już idę. – mówię i natychmiast kończę tę krótką konwersacje. –Vilberg dzwonił, czekają na mnie. –z powrotem zwracam się do Sophie. –Nie bój się.
Znowu spoglądamy na siebie. Patrzę i widzę ogarniające ją przerażenie, ale to sprawia, że niewyobrażalnie się cieszę. Tak, jej strach powoduje u mnie radość. Zabawne, ale prawdziwe.
Zdaję sobie sprawę, jak mocno mnie kocha i jak bardzo zależy jej na moim szczęściu. Wiem, że się martwi,  czeka z utęsknieniem, co jeszcze bardziej motywuje mnie do lepszego skakania. Robię to wszystko dla niej, żeby udowodnić , że skoki to nie tylko niebezpieczny sport, ale także moja praca i pasja, której nikt nie jest w stanie mi odebrać. Zawsze byłem lekkoduchem, człowiekiem nie lękającym się niczego. Kochałem adrenalinę i dreszczyk emocji, bo myślałem że nie ma w życiu nic cudowniejszego. Myliłem się.  Sophie nauczyła mnie pokory i patrzenia na świat z trochę innej perspektywy. Dzięki niej wiem, że nie skaczę już tylko dla siebie, ale jest osoba, której cholernie na mnie zależy. Dla której spełniam swoje marzenia. Bo dzięki niej jestem szczęśliwym Tomem Hilde.
-Tylko pamiętaj, żeby przywieść złoty medal –ociera łzy i lekko się uśmiecha. W jej oczach widzę ulgę, która ogromnie mnie cieszy.
-Dla ciebie wszystko, kochanie. –przytulam ją na pożegnanie i odchodzę.

**

Ten dzień. Boję się. Boję się za każdym razem, kiedy Tom skacze w Vikersund. Nie ufam jej, bo wiem, że to zdradliwa skocznia. 
Dawno temu mój kuzyn stracił tam życie... Kiedyś postanowił sobie, że będzie latać jak ptak i za wszelką cenę chciał to zrealizować.  Zginął.  Umarł spełniając marzenia. Nie lubię o tym mówić, to drażliwy temat. Nie lubię też patrzeć na szybującego Toma, mimo że jest zawodowcem. Za każdym razem ogarnia mnie strach,  cała się trzęsę i boję się, że stanie się coś złego.
Już 14.00, za chwilę trening. Myślami jestem z nim, chociaż chcę stamtąd uciec jak najszybciej. Ale jestem z tobą, Tom. Pomogę ci poszybować jak najdalej, bo wiem jak bardzo ci zależy. Nie będę się bać, przecież obiecałeś, że będzie dobrze. Ufam ci. Trzymam kciuki.  Pokaż wszystkim, jaki jesteś wspaniały !

**

 „Wypadek na Vikersundbakken.  Poważny stan Toma Hilde”

Co to do diabła?
Nagle.
Artykuł.
Jaki wypadek do cholery?
Twój.
Płaczę.
Krzyczę.
Wrzeszczę.
Nie wierzę.
Gdzie jestem?
Powiedzcie, że to zły sen.
Nie, to rzeczywistość.
Wiedziałam.
Przeczuwałam.
Czemu nie posłuchałeś?
Przeklęta Vikersund.
Żyjesz?
Musisz żyć!
Dla mnie.
Dla siebie.
Dla nas.

Kocham cię. 
Cholera, obiecałeś ! 

______________________________________________________________
Za oknem ponuro, to tu też ponuro.
Buuuuuu, chcę wiosnę.

I chyba wpadłam w posezonową depresję. 

niedziela, 24 marca 2013

V


'Podsumowanie sezonu 2012/13'

Idę wąską alejką wśród wysokich, murowanych budynków. Muzyka  wydobywająca się z moich poplątanych słuchawek stara się choć trochę zagłuszyć ogarniające mnie myśli. Z każdym z utworów związane są coraz to inne wspomnienia.  Jest bardzo wcześnie, ale mimo to nie mogę spać. Ptaki powoli zaczynają się wybudzać i swoim świergotaniem przypominać o zbliżającej się wiośnie. Jest 25 marca. Poranne słońce wyłania się zza widnokręgu i swoimi promieniami  rozświetla pogrążone w mroku ulice. Ostatki śniegu skrzypią pod moimi stopami, a nieduże sople skapują na część wyschniętego asfaltu.  Mocno wdycham do płuc pierwsze rześkie, wiosenne powietrze. Czuję powiew wolności, ale nawet poczucie tej swobody sprawia, że myślami jestem zupełnie gdzieś indziej, niż powinnam.

Wczoraj zakończyło się to, czym żyłam przez ostatnie parę miesięcy. Coś, co przez całą ponurą zimę trzymało mój optymizm i dzięki czemu stale się uśmiechałam. Zwykła rzecz, której poświęcałam swoją każdą wolną chwilę. Gdyby nie ona zaoszczędziłabym mnóstwo czasu, nerwów, pieniędzy, ale mimo wszystko to było to, co czyniło mnie szczęśliwszą.
Przypominam sobie wszystkie łzy radości i smutku, które wylałam w ciągu ostatnich miesięcy. Mam w głowie przeróżne emocje, które towarzyszyły mi niemal w każdy weekend. Były chwile załamania, kiedy miałam wrażenie, że świat jest okropnie niesprawiedliwy. Były też momenty błogiego szczęścia, gdy po prostu miałam ochotę wyjść i pokazać światu, ile radości może przynieść jeden uśmiech mojego idola.  Wykrzyczeć, jaka jestem szczęśliwa.

25 marca 2013 roku. Tak, dokładnie wczoraj zakończył się sezon skoków narciarskich. Sezon wyjątkowo trudny i wymagający dużego przygotowania emocjonalnego. Jak w każdym były lepsze i gorsze chwile, które przynosiły niewyobrażalne emocje. Czas, w którym zawodnicy przede wszystkim udowodnili, że mimo upadku można się podnieść i wspiąć na najwyższy szczyt. Że nawet z najniższej depresji Morza Martwego można dojść na wysoki Mount Everest. Osobiście nazwałabym go sezonem spełnionych marzeń, nie tylko tych moich, ale i całego świata polskich skoków.

**

Lillehammer, Kuusamo, Sochi. Trzy pierwsze konkursy, których tak naprawdę nie chcę pamiętać. Wyczekiwany moment, który nagle stał się najgorszym koszmarem. Sezon dla polskiej drużyny zapowiadał się szalenie obiecująco i po udanych występach w LGP apetyty były ogromne. Zarówno trener, jak i zawodnicy wspominali o wysokiej dyspozycji naszego teamu, więc wszyscy czekaliśmy na chwilę, kiedy ją zaprezentują. Było wielkie nastawienie i nagle… ogromne rozczarowanie. Wyniki zupełnie odbiegające od naszych planów i marzeń. Jakby piękna wieża, którą budowaliśmy przez całe lato nagle runęła. Kibice, zdenerwowali całą sytuacją pokazali swoją prawdziwą naturę, obrażając i znieważając naszych skoczków. „To łajdacy, a nie skoczkowie” – pisał pewien internauta, na jednym ze skokowych portali.  11 miejsce w konkursie drużynowym jeszcze bardziej pobudziło raniące ich słowa. Tysiące artykułów w prasie i w internecie, w których amatorscy dziennikarze na swój sposób analizowali przyczynę kryzysu. Łzy bezradności w oczach Polaków wywoływały u mnie jeszcze większy dołek. Oglądając wywiady płakałam, bo widziałam jak moi idole straszliwie się męczą.  Chciałam, żeby to była tylko kwestia kombinezonów i w duchu modliłam się o odbudowanie wymarzonej formy. Przecież miało być tak pięknie…

I nagle… Engelberg - wybawienie. Moje prośby zostały wysłuchane i Kamil Stoch zajął drugie miejsce w konkursie indywidualnym. Cudowne było to, że aż  pięciu naszych zawodników zakwalifikowało się do finałowej trzydziestki.  Wielka radość i jakże ogromny kamień, zdjęty serca każdego z nas.  „Wszystko wróciło do normy” – mówił uśmiechnięty Kamil Stoch w jednym z wywiadów. Słowa te od razu mnie uspokoiły i zaufałam, że teraz może być już tylko lepiej. Utwierdziłam się w przekonaniu, że przecież nadzieja umiera ostatnia i cieszyłam się, że tak jak niestety mniejszość Polaków, nie zwątpiłam. Fałszywi kibice jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienili swoje nastawienie co do polskich skoków. Ich postawa była wręcz śmieszna, ale oni odeszli na dalszy plan. Ważne było to co dopiero przed nami ...

A co było? Był bardzo udany dla nas Turniej Czterech Skoczni, który polscy skoczkowie zakończyli na dobrych, mocnych pozycjach. Emocje towarzyszące w tych konkursach były nie do opisania. Pamiętna walka Jacobsena ze Schlierenzauerem, która niestety, a może i stety, zakończyła się powodzeniem dla Austriaka.  Łzy Norwega, który przecież miał ogromne chęci na dorównanie rekordu Swena Hannawalda. Okropnie marzył o wygraniu wszystkich czterech konkursów i staniu się legendą, lecz przecież w sporcie zwycięża najlepszy. 

Potem… każdy wie co było potem. Jeden z najważniejszych momentów sezonu, zarówno dla mnie, jak i dla większości moich skocznych przyjaciół.  Konkursy w Polsce. W tym roku pierwszy raz w historii organizowany był konkurs Pucharu Świata w Wiśle. Do tego czasu na skoczni Malince rozgrywane były tylko zawody Letniego Grand Prix i Pucharu Kontynentalnego. Nagle nastał przełom i zawitanie najlepszych skoczków świata. Wracam myślami do jeszcze niedawnych czasów, kiedy to Malinka była w budowie. Mało kto wierzył, że powstanie tam skocznia, równie piękna i dorównująca innym na świecie. Kiedy to było tylko marzeniem władz miasta i praktycznie nikt się nie spodziewał, że wzgórze Adama Małysza stanie się tak popularne. Związek narciarski walczył do końca, aż w końcu marzenia stały się jawą. Udało się. 9 stycznia 2013 roku odbył się tam pierwszy konkurs Pucharu Świata. Niezastąpione chwile, publiczność i emocje, które mimo że jeszcze trudno porównać do Zakopanego, to ociekały wyjątkowością.

A potem Zakopane. Coroczny rytuał. Magia.
W czwartek odwołano kwalifikacje, bo pogoda nie do końca sprzyjała sprawiedliwemu skakaniu. Na szczęście dzień później wiatr ucichł i można było bez przeszkód rozegrać konkurs drużynowy. Wspólne zabawy kibiców, piosenki, tańce, miliony flag, to coś co na długo zapisze się w mojej pamięci. Cudowna atmosfera, która przyczyniła się do przeżywania najpiękniejszych chwil w moim życiu. Niesamowici ludzie, z którymi w końcu miałam okazję się spotkać i poznać osobiście. Wszystko to zebrało się w jedną całość i czyniło mnie niewiarygodnie szczęśliwą. Czułam, że jestem w swoim świecie, jestem w miejscu, gdzie marzenia stają się rzeczywistością. W końcu, po tylu latach niewątpliwie udało mi się przeżyć wyczekiwane chwile z dzieciństwa.
Polska prowadziła przez cały czas i miała przewagę kilkunastu punktów nad drugą Słowenią.  W powietrzu czuć było zwycięstwo, jednak nie zawsze jest tak pięknie, jak sobie wymarzymy. Nieudany skok jednego z naszych reprezentantów i ostatecznie drugie miejsce w konkursie drużynowym. Radość, ale jakże ogromny niedosyt, bo przecież było tak blisko.

Drugi dzień podobnie, cudowna atmosfera i wiara towarzysząca do samego końca. Kamil Stoch zajął trzecie miejsce w konkursie indywidualnym. Żałował, że nie mógł dać kibicom czegoś więcej, ale mimo wszystko wykonał kawał dobrej roboty, za który wszyscy byliśmy mu wdzięczni.
Kiedyś ktoś powiedział mi, że Zakopane jest magiczne. Nie uwierzyłam, bo myślałam że  to zwykłe konkursy, jak wszędzie indziej. Teraz jednak wiem, że miał rację. Kiedy wejdziesz na Wielką Krokiew, zobaczysz tłumy biało- czerwonych kibiców, miliony flag, to poczujesz, że jesteś właśnie w tym miejscu, w którym powinieneś być.  Nie ma osoby, która nie pokochałaby tych cudownych emocji. Tam nie ma zmartwień, kłopotów ani trosk. Jest tylko dobra zabawa i zupełne oderwanie się od rzeczywistości.

Potem była Japonia, Norwegia, Czechy, Niemcy, gdzie nasi zawodnicy kończyli konkursy na bardzo dobrych pozycjach. Nieubłagalnie zbliżało się Val di Fiemme i Mistrzostwa Świata.
Polacy zdecydowali się nie występować w konkursach w Oberstdorfie i pojechać na treningi do kraju. Chcieli zaprezentować jak najlepsza formę na najważniejszej imprezie sezonu i przede wszystkim nie zawieść kibiców.
23 luty 2013 rok. Pierwszy konkurs indywidualny na średniej skoczni. Każdy z nas dokładnie pamięta te emocje, kiedy to Kamil Stoch zajmował drugie miejsce po pierwszej serii. Wiara i ogromne apetyty, bo przecież każdy z nas liczył na miejsce rodaka na podium. Niestety życie plecie różne scenariusze i nie zawsze to co sobie postanowimy, przeradza się w rzeczywistość.
Łzy. Łzy Kamila i nasz płacz. Rozgoryczenie Polaków, bo przecież było tak blisko. Polak miał podium na wyciągnięcie ręki, ale niestety udało mu się go dosięgnąć.  „Stoch nie umie skakać”- wypowiadało się wiele ludzi na forach publicznych, co niektórych wprowadzało w jeszcze większy psychiczny dół.  Skończyło się wynikiem Bardal, Schlierenzauer, Prevc i mimo sympatii do tych skoczków każdy z nas przeżywał swoje osobiste załamanie. Pozostało tylko do końca mieć nadzieję, bo nadzieja nigdy nie gaśnie. W końcu konkurs na dużej skoczni zbliżał się wielkimi krokami, więc Kamil musiał wziąć się w garść i postarać o dobre wyniki…

…Nikt nie oczekiwał, że będą aż tak wspaniałe. Nikt nie wierzył, że jeszcze zapłacze łzami szczęścia na tych z początku nieudanych Mistrzostwach.  Staliśmy i wpatrywaliśmy się w telewizory nie wierząc własnym oczom.  Kładliśmy się na ziemi i wylewaliśmy strumienie łez radości.  Nie umiem opisać uczuć, które wtedy przeżywałam, bo podobno najpiękniejszych chwil nie da się określić słowami. To było coś cudownego, jak przepiękny sen, który nagle stał się rzeczywistością. Tego dnia spełniło się wiele marzeń. Marzenie każdego z nas o wygranej Polaka i marzenie Kamila, który już jako chłopiec marzył o tytule Mistrza Świata. Narodowe marzenia. Odbierając złoty medal rozpierała mnie duma, że wierzyłam w niego od samego początku. Nawet od tych chwil załamania w początkowych konkursach, aż do teraz.
Niewątpliwie, cała Polska była w euforii. 

A co potem? Później był konkurs drużynowy. Konkurs, który pokazał, że sport pisze zaskakujące scenariusze. Czwarte miejsce. Maleńka strata do Niemców. Niedosyt. Znowu ten ogromny niedosyt, który towarzyszył nam już w wielu konkursach tego sezonu. Zrezygnowana  i trochę smutna włączyłam laptopa i weszłam na twittera, żeby podzielić się swoim zrezygnowaniem z przyjaciółmi.
„Nastała pomyłka. Mamy trzecie miejsce!” – Darł się jeden z komentatorów TVP 1. Siedziałam i wpatrywałam się w telewizor z ogromnym niedowierzaniem.  Moje usta przypominały trochę kształt litery „O”, kiedy zobaczyłam swoich rodaków skaczących i cieszących się  z brązowego medalu. Zaczęłam krzyczeć i płakać ze szczęścia, a euforia którą przeżywali moi znajomi była bardzo podobna. Wszyscy przestali wierzyć, a tu życie znowu pokazało, że nadzieja umiera ostatnia. Wiara jest najważniejsza i bez niej się nie obejdzie, zarówno w realnym życiu, jak i w sporcie. Wszystko się może zdarzyć.

To były cudowne Mistrzostwa, które zostawiły niezatarty ślad w moim sercu.
Kamil, którego Predazzo podbudowało psychicznie, zaczął imponować naprawdę zachwycającą formą. Jego skoki były aż tak niesamowite, że miażdżył rywali w konkursach, treningach i seriach próbnych. Wygrał zawody w Kuopio i Trondheim, a te zwycięstwa były dla niego jak najbardziej zasłużone. Zaczął się prawdziwy skokowy szał i wszystkie media kreowały oszałamiającą formę Stocha. Tym bardziej, że wskoczył na trzecie miejsce klasyfikacji generalnej, które przecież utrzymał do końca.

Potem ukochane Oslo, które potwierdziło, że jest jednym z najbardziej magicznych miejsc na świecie. Holmenkollen po raz kolejny udowodniło, że jest polskie. Pierwsze w karierze zwycięstwo Piotrka Żyły wprowadziło wszystkich w pełen zachwyt. Uśmiechnięty skoczek z Wisły sam nie dowierzał, że udało mu się wygrać. Dzięki swojemu stylowi bycia i wypowiedziami zdobył uwielbienie całego świata skoków. Ludzie pokochali go za jego prostotę i z dnia na dzień stawał się coraz bardziej popularny. W lajkach na facebooku pobił Kamila Stocha, Thomasa Morgensterna, a nawet Gregora Schlierenzauera. Myślę, że będzie mi bardzo brakowało jego wypowiedzi przez ten czas. Definitywnie.

**

Idę i uśmiecham się sama do siebie. Pierwsi przechodnie patrzą się na mnie ze zdziwieniem, ale nie przejmuję się tym i moja twarz nadal jest rozpromieniona. Zdaję sobie sprawę, że będę tęskniła i naprawdę nie wiem, jak przeżyję następne, koszmarne miesiące bez skoków. Uzależniłam się od swojej pasji, dlatego tak trudno jest mi się z nią rozstać.
Mimo wszystko ten sezon zostawił głęboki zarys w mojej pamięci. Nigdy nie zapomnę cudownych konkursów w Polsce, Val di Fiemme, Skandynawii i Planicy. Nauczyłam się, że trzeba za wszelką cenę walczyć o swoje marzenia, bo nawet jeśli coś wydaje się niemożliwe, to iskierka nadziei nigdy nie gaśnie. Warto wierzyć do końca, bo wiara jest opłacalna. Nie można się poddawać, bo poddają się tylko słabi. Trzeba przedrzeć się przez tłum i a wszelką cenę pokazać światu swoją wyjątkowość. Tylko taką drogą dojdzie się do spełnienia swoich najskrytszych marzeń.
Właśnie tego nauczył mnie ten sezon.

Lekki wietrzyk delikatnie powiewa moje rozpuszczone włosy, a ja zaczynam czuć się silniejsza niż zwykle. Skoki uczyniły mnie kimś lepszym i odporniejszym psychicznie. Jestem szczęściarą, że mam tak wspaniałą pasję, która daje mi chęci do życia.

Zatopiona  w głębokiej muzyce i oświetlona przez promienie ciepłego, wiosennego słońca nadal idę przed siebie...

______________________________________________________________

W tym miejscu chciałabym ogromnie podziękować wszystkim osobom, które razem ze mną przeżywały te wszystkie wspaniałe emocje związane z tegorocznym sezonem. Wszystkim tym, których spotkałam w Wiśle, Zakopanem, i z którymi dzieliłam najpiękniejsze chwile mojego życia. Sezon dobiegł końca, ale nasza przyjaźń pozostanie wieczna.
Do zobaczenia na LGP, kochani :)

poniedziałek, 4 marca 2013

IV



"Była zwykłą dziewczyną"


Była zwykłą dziewczyną, z niezwykłą pasją.

Zaczęło się dawno temu, kiedy jeszcze skakał mistrz. Kiedy jego sukcesy sprawiały, że pokochała go cała Polska, a popularność skoków wzrastała z dnia na dzień. Był nazywany Orłem z Wisły, bo szybował jak prawdziwy ptak.  Udowodnił, że można wygrywać czysto, bez żadnych oszustw i układów. Był idolem dla wielu osób i stał się jej wzorem do naśladowania. To właśnie wtedy cała rodzina zasiadała przed telewizorem, mocno ściskała kciuki i dopingowała. Zaraziła się od nich. Zaraziła się skokami. Nauczyła się bycia kibicem, co stało się jej coraz częstszym nałogiem.

Była zwykłą dziewczyną, z niezwykłą miłością.

Zakochała się, wiedziała to już od dawna. Zamiast człowieka, pokochała sport, który przynosił jej mnóstwo łez radości i wzruszeń. Te emocje uszczęśliwiały ją, jak nic innego. Cieszyła się z sukcesów swoich idoli, a gdy coś nie wychodziło, płakała razem z nimi. Jej znajomi dziwili jej się, że pała tak wielką miłością do sportu. Do zwykłego sportu, który według nich był nudny i monotonny. Jednak ona gdy włączała każdy konkurs miała coraz to nowsze iskry w oczach, które z dnia na dzień przeradzały się w prawdziwy płomień.

Była zwykłą dziewczyną, z niezwykłymi marzeniami.

Dzięki skokom uwierzyła, że marzenia się spełniają.  Zrozumiała, że trzeba za wszelką cenę dążyć do ich realizacji, bo wszystko jest możliwe. Skoki nauczyły ją bycia optymistką i dzięki nim polubiła samą siebie. Wierzyła. Wierzyła, że kiedyś uda jej się pojechać na konkurs Pucharu Świata do upragnionego, pięknego Zakopanego. Nie było to łatwe, ponieważ mieszkała na północy kraju, a jej rodzina nie miała tak wielu funduszy, żeby pozwolić sobie na daleką wycieczkę. Mimo wszystko wierzyła. Wiedziała, że bez wiary nic nie może się udać. 

Była zwykłą dziewczyną, z niezwykłymi wspomnieniami.

Długo nie mogła uwierzyć, że udało jej się pojechać na upragnione zawody. To były najpiękniejsze dni jej życia, o których nigdy nie zapomni. Pokochała Wielką Krokiew, pokochała polskich kibiców i przecudowną atmosferę. Zakochała się na nowo i czuła, jakby znajdowała się w zupełnie innym świecie. W świecie, gdzie nie ma żadnych kłopotów i zmartwień, tylko wspaniali ludzie, chwile i spełnione marzenia. Spotkała swoich idoli i dziękując im za wszystkie emocje, popłakała się ze szczęścia. Trudno jest powstrzymać łzy w momentach, gdy twoje wymarzone życie z dzieciństwa, nie jest już snem, tylko staje się jawą.  

Była zwykłą dziewczyną, zwykłe dziewczyny są zwykłe.

Lecz ona była inna. Czasami wzbudzała kontrowersje i była obiektem kpin i żartów znajomych. Żyła w zupełnie innym świecie, który według niej tym lepszym. Kochała włączać konkurs, zapominać o wszystkich kłopotach i ściskać mocno kciuki, z nadzieją, że to pomoże. Już nie pamiętała o nieudanym sprawdzianie z matmy, o chamskich koleżankach i zazdrosnym chłopaku. Liczył się tylko sport. Nie umiała opisać słowami, jak bardzo to kochała.

Miała coś, czego nikt jej nie zabierze.
Miała skoki.
Miała pasję.
Miała miłość.
Miała marzenia.
Miała wspomnienia.

Zdecydowanie nie była zwykłą dziewczyną…


______________________________________________________________

takie coś z nudów się przyplątało.
naprawdę nie ogarniam siebie.
i ten no... Polska ma medal ! :D

czwartek, 28 lutego 2013

III


"Z ziemi włoskiej do Polski"

Siedzisz przed telewizorem. Siedzisz i czekasz na ten jeden, jedyny, najważniejszy skok. Skok, od którego zależy całe twoje szczęście. Nie masz pojęcia co będzie za parę minut, sekund. Nie wiesz, czy za chwilę zaczniesz szaleć ze szczęścia, czy może wybuchniesz głośnym płaczem. Masz nadzieję, ale twoja nadzieja tyle już razy cię zawodziła. Wiesz, że skacze wspaniale, ale przecież jak każdy jest człowiekiem i może popełniać błędy. Masz coś czego nie mają inni, bo masz wielką miłość do tego sportu, której nikt ci nie odbierze. Wierzysz. Bo chyba wiara jest tu najważniejsza. Bez niej się nie obejdzie, zarówno w życiu, jak i w sporcie. Patrzysz i przenosisz się duchem do Val di Fiemme, gdzie on zaraz ma oddać swój decydujący skok. Mocno ściskasz kciuki i oddychasz coraz szybciej. 
Jest. Już jest. Siedzi na belce i lekko się uśmiecha. Na twojej twarzy pojawia się ulga, bo wiesz że wszystko jest w porządku. Dostaje sygnał od trenera i odpycha się od belki, a ty zaczynasz cała się trząść. W jednej chwili jest ci zimno i gorąco. Emocje i uczucia przeplatają się ze sobą jak dwie dłonie, aż sama nie panujesz nad tym, co wyprawia twój mózg. Wariujesz, najzwyczajniej w świecie wariujesz.
Jedzie po rozbiegu i mocno wybija się z progu. Zrywasz się z fotela razem z nim, jakbyś miała mu tym pomóc. Zaczynasz lekko dmuchać i przypominają ci się czasy z dzieciństwa. Pamiętasz jak dziesięć lat temu wydmuchałaś zwycięstwo naszemu mistrzowi? Pamiętasz, swój stres, mimo że jeszcze nie bardzo zdawałaś sobie sprawę z piękna tego sportu? Stałaś i wpatrywałaś się w telewizor. Wierzyłaś, tak jak teraz wierzysz. Byłaś taka sama, tylko o dziesięć lat młodsza. Ta chwila też jest taka sama, tylko o dziesięć lat późniejsza. D z i e s i ę ć  l a t.
 Leci pięknie, jak szybowiec, latawiec albo ptak. Jak polski orzeł na włoskiej ziemi. Ląduje, a ty nagle zapominasz o całym świecie. Kładziesz się na ziemi i płaczesz. Po prostu płaczesz. Ze szczęścia. Wiesz że wygrał, już wszyscy wiedzą. Mimo, że nie ma jeszcze dokładnych wyników, to wszystko jest już wiadome. Powoli dochodzisz do siebie i znów spoglądasz w ekran. Skoczkowie z kadry go otaczają i przy jego nazwisku pojawia się wyczekiwana cyfra „1”. Jest Mistrzem Świata i osiągnął to, o czym marzy każdy skoczek. M i s t r z.
Wpada w euforię i dostaje gratulacje od zawodników. Jeszcze nigdy nie widziałaś go tak szczęśliwego. Jeszcze nigdy nie widziałaś siebie takiej szczęśliwej. Kadrowicze niosą go na barkach, a on pokazuje dumny gest zwycięstwa. Ocierasz lekko swoją łzę łzę wzruszenia i radości. Tak bardzo chciałabyś tam teraz być i osobiście mu pogratulować. Tak bardzo chciałabyś uścisnąć jego dłoń. Tak bardzo chciałabyś stanąć przed nim i powiedzieć „Wierzyłam od początku, Kamil”.


______________________________________________________________


Pisane w biegu i w wielkich emocjach po konkursie.
I tak wszystkich uczuć nie da się opisać.
Jak na razie, tylko Kamil.
Wellinger, kiedy indziej.
Dla takich chwil warto żyć.

piątek, 25 stycznia 2013

II



'Jak ptak może bać się latać ?'

Mówią, że leczenie jest po to, żeby czuć się lepiej. Od początku wciskali mi tanie kity, że wszystko się ułoży, moje skoki będę lepsze i być może nawet będę w stanie pobić rekord świata w długości lotu. Przyjmowałem to z lekkim uśmiechem, ale czasami miło było wiedzieć, że ktoś w ciebie wierzy. Tym bardziej, że przed tobą skomplikowana operacja, która podobno miała przynieść zaskakujące rezultaty.
Do szpitala poszedłem dokładnie po zakończeniu sezonu. Mój bolący kręgosłup doskwierał mi coraz bardziej, ale mimo tego starałem się oddawać jak najlepsze skoki. Nie było łatwo i skończyłem Puchar Świata na  nie zbyt satysfakcjonującym mnie miejscu.  Mimo to na początku nie chciałem się zgodzić na żadną operację, ale dopiero po namowach rodziny, kolegów i trenerów uległem. Podobno  miało być tylko lepiej. ..
Zabieg przebiegł prawidłowo, bez żadnych komplikacji. Byłem szczęśliwy, że moi najbliżsi byli przy mnie i trzymali kciuki. Musiało być dobrze, ale jednak coś mnie niepokoiło…
-Już dzisiaj możemy pana wypisać, panie Romøren. –powiadomił lekarz. –Pański stan jest stabilny, operacja się udała, więc nie widzę powodów, żeby nadal pana tutaj trzymać. Tym bardziej, że wydaje mi się, że jest pan pełen sił na nadchodzący sezon.  –podał mi dłoń na pożegnanie.
Podziękowałem mu  i naprawdę cieszyłem się, że wszystko się ułoży.  Byłem bardzo dobrej myśli…

Mijały dni, tygodnie, miesiące.  Przez ten czas wypocząłem jak nigdy, chociaż mimo wszystko brakowało mi skoków. Tęskniłem za tymi wszystkimi treningami, żartami kolegów i dopingiem publiczności, zgromadzonej na trybunach wszystkich skoczni świata. Coś jakby zabrano mi cząstkę siebie, bez której nie potrafiłem żyć. 
Kiedy dostałem telefon od mojego lekarza, który oznajmił, że od dzisiaj mogę zacząć treningi, moja euforia była niewyobrażalna.  Nasza kadra trenowała na Holmenkollen,  więc tym bardziej ucieszyłem się, że będę rozpoczynał na jednej ze swoich ukochanych skoczni.  Pamiętam, że kiedy jako chłopiec dowiedziałem się, że mogę skoczyć w Oslo, nie posiadałem się z radości.  Pamiętam, że na początku się bałem, ale byłem tak podekscytowany, że potem o tym zapomniałem.
Mały Bjørn. Na belce. Na Holmenkollen. Cisza… i nagle lądowanie zaraz za punktem konstrukcyjnym.  Zero strachu. Brawa trenerów, kolegów. I gest, dumne uniesienie dłoni. Łzy szczęścia…

-Cześć stary! – głos Toma Hilde wyrywał mnie z transu, kiedy podążałem w stronę skoczni. Ten jak zawsze roześmiany.  Norma. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem tego człowieka bez uśmiechu na twarzy. –Widzę, że wracasz do skakania.
-No to dobrze widzisz.- odpowiedziałem mu. Trochę chamsko, ale wtedy nie miałem ochoty, żeby wdawać się w bezsensowne pogaduszki. Byłem zbyt podekscytowany pierwszymi skokami po operacji, która przecież miała uczynić ze mnie prawdziwego szybowca. Przynajmniej wszyscy wierzyli, że tak będzie…
Udałem się na wyciąg, przed którym spotkałem resztę kolegów z kadry. Przyjaźnie się ze mną przywitali i uścisnęli moją dłoń. Stęsknili się, ja też się stęskniłem. 
Powiedzieli coś do mnie, ale tylko im odmachałem i wsiadłem na wyciąg. Niby norma, ale jednak nie.  Chwytam się mocno barierki, zaciskam zęby i nie patrzę w dół. Dziwne, ale mam uczucie jakbym się czegoś bał.  Ale jak doświadczony skoczek narciarski może cię bać? Wiele osób mówiło mi, że mnie podziwia za tą odwagę. Słynąłem z odwagi. W końcu tylko dzięki temu udało mi się dolecieć na 239 metr w Planicy. To było coś niesamowitego, ale w tym roku mam poszybować jeszcze dalej.

Po męczącej jeździe wyciągiem odetchnąłem z ulgą i zanim się zorientowałem, byłem na belce startowej. Ale nie byłem już tym małym Bjørnem, który bez żadnego strachu mocno się odepchnął i poleciał daleko. Niestety…
 Zaczęło kręcić mi się w głowie i wstrzymałem oddech.   Wewnętrzny głosik w mojej głowie nie pozwalał mi skoczyć. Chwyciłem  się mocniej i przycisnąłem palce do belki, jednak moje trzęsące się nogi cały czas odmawiały mi posłuszeństwa. Nie wiedziałem co się dzieje. Nie rozumiałem tego.  Bo przecież jak ptak może bać się latać? Jak skoczek narciarski może mieć lęk wysokości?  To nie pojęte.
Trener machnął chorągiewką, już któryś raz z kolei, a ja nadal tkwiłem w bezruchu. W mojej głowie działo się coś dziwnego, poczułem się jakbym był zupełnie innym człowiekiem. Zwykłym. Bojaźliwym. Nie byłem już starym Bjørnem. Bałem się. Najzwyczajniej w świecie się bałem.
Zszedłem…
-Co się stało? –spytał mnie Anders, zaraz gdy się otrząsnąłem. Jednak nie do końca umiałem odpowiedzieć mu na to pytanie.
-Chyba… chyba zapomniałem jak się lata…

Trener miał rację, że to coś z moją psychiką. Po paru wizytach u specjalisty odetchnąłem z ulgą. Bałem się, że to coś poważnego,  ale dzięki Bogu wszystko w porządku. Tak bardzo starałem się fizycznie dostosować do parametrów idealnego skoczka, że zupełnie zapomniałem o moim stanie zdrowia wewnętrznego. A może to działo się za szybko? Może nie potrafiłem żyć bez skoków i ta dłuższa przerwa wypaliła we mnie jakąś dziurę? Może za bardzo za tym tęskniłem?  Może ciążyła na mnie zbyt duża presja?
Nie wiem, ale wiem, że jest coraz lepiej.  Trenuję. Zaczynałem od małych skoczni K-90, ale teraz skaczę już na normalnych obiektach.  Jest lepiej, może nie najlepiej, ale dobrze. Maleńki strach jednak mi towarzyszy, ale to chyba normalne.
Bo przecież jak ptak może bać się latać? 
______________________________________________________________
Do kitu, wszystko jest do kitu.

czwartek, 17 stycznia 2013

I


'Tęskniłem'

Cisza, codzienna cisza… Uwielbiam siedzieć w rogu mojej sypialni i popijając gorące cappuccino słuchać ciszy. Można się wtedy zastanowić nad troskami i kłopotami, przemyśleć wszystkie za i przeciw każdej decyzji. Kiedyś siedzieliśmy tak razem, pamiętasz? Mówiłeś mi, że nie ma nic lepszego niż wsłuchanie się w własne myśli. Lubiłeś cappuccino.  Ten nawyk, którym mnie zaraziłeś męczy mnie do dziś i nie mogę się go pozbyć. Czy to przez ciebie? Nie wiem. Wiem tylko, że tęsknię…
Sama nie orientuję się kiedy zasypiam, ale nagle cię widzę. Jesteś uśmiechnięty, jesteś dokładnie taki jakiego cię pamiętam.  Twoje kruczoczarne włosy rozwiewa wiatr. Schudłeś, cholernie schudłeś, ale sam jesteś sobie winny wybierając karierę skoczka. Wiedziałeś, że to nas rozdzieli i wiedziałeś że już nigdy się nie spotkamy… mimo to wybrałeś. Czasami myślę, że to, co było między nami stało się jednym wielkim nieporozumieniem. Byliśmy młodzi, głupi, to nie powinno mieć miejsca. Ja teraz tęsknię, a ty pewnie nawet mnie nie pamiętasz. Norma. Zawsze byłeś zapominalski. Pamiętam jak zapomniałeś o naszej pierwszej rocznicy i gdy przyszłam do ciebie z prezentem chciałeś się spalić ze wstydu.
Mijamy się, idziesz w stronę skoczni, ale totalnie mnie ignorujesz. Siadasz na wyciągu i jadąc na górę podpierasz się ręką o barierkę. Widzę cię dokładnie, ale jednak niewyraźnie.  Tak bardzo chciałabym teraz wykrzyczeć twoje imię, chciałabym żebyś się obejrzał, żebyś powiedział to głupie „Tęskniłem”. Jedno słowo, tyle znaczy.
 Idę na trybuny skoczni. Wiesz, że jeszcze nigdy nie widziałam jak latasz? No może poza tym jednym razem, kiedy w nocy wkradliśmy się na teren skoczni, wzięliśmy sprzęt i pokazywałeś mi swoje skoki. To było szalone, ale przecież zakazany owoc kusi najbardziej. Kiedyś mówiłeś, że skok to uczucie radości i wolności, ale także lekkiego strachu. Coś podobnego do młodego pisklęcia, które rozkłada swoje skrzydła. Jestem ciekawa czy teraz przemieniłeś się w potrafiącego szybować orła. Wspominałeś, że tak jak w życiu najważniejszy jest moment wybicia i że mimo upadku można się podnieść i walczyć dalej. Pamiętam, jak kiedyś dostałam telefon, powiedziano mi, że miałeś wypadek. Wpadłam w histerię, ale na szczęście to było tylko złamanie, które po paru tygodniach udało się wyleczyć.  Śmiałeś się z mojej paniki, ale ja tak bardzo cię kochałam, że nie potrafiłam się nie martwić.
Przez mgłę widzę jak zasiadasz na belce startowej. Zakładasz gogle i poklepujesz się po ramieniu. Przypominam sobie, jak kiedyś mówiłeś, że to znak twojej gotowości i odwagi. Uśmiecham się, lecz nie do końca wiem czy to we śnie, czy w rzeczywistości. 
Mocnym ruchem odpychasz się od belki startowej i rozpędzasz na rozbiegu. Mgła jest coraz bardziej gęsta, więc mrużąc oczy wpatruję się uważniej. Wyglądasz wspaniale w tym kasku, wiesz? Pamiętam jak dostałeś swój pierwszy kask, który był różowy i trochę dziewczęcy, dlatego nigdy nie chciałeś go zakładać. Zaczerwieniłeś się, kiedy pierwszy raz przymierzałeś go przy mnie. Pamiętam to bardzo dokładnie, a ty ?
Mocno wybijasz się z progu, aż sama się dziwię że w takiej szczupłej sylwetce drzemie tyle siły. Lecisz pięknie, jak sokół, jastrząb albo orzeł. Kiedyś mówiłeś, że narty zastępują skoczkom skrzydła, więc ty swoje rozłożyłeś najlepiej jak potrafisz. Twoje przydługawe włosy zaczynają lekko falować wraz z podmuchami wiatru. Wyglądasz pięknie, choć ja coraz słabiej cię widzę. Przecieram oczy, ale to nie pomaga. Czuję… coś jakby czas zatrzymał się na moment…
…Budzę się i przeklinam na głos. W swoim życiu miałam już dużo dziwnych snów, lecz jeszcze żaden z nich nigdy nie był tak rzeczywisty.  Przez chwilę myślałam, że już cię spotkałam.
Przyciągam kolana do brody i kontynuuję swoje siedzenie w ciszy. Nagle ktoś puka do drzwi, ale jestem za bardzo roztrzęsiona, żeby otworzyć. Słyszę tylko jak ktoś podchodzi do mnie, przytula i cichym szeptem mówi ,,Tęskniłem”…

______________________________________________________________

Trochę nie trzyma się kupy, ale następnym razem postaram się bardziej. Za wszystkie błędy, przepraszam. Mam już pomysł na następny jednopart, tak więc notka powinna ukazać się niedługo :)
Możecie pisać uwagi w komentarzach, chętnie przyjmę krytykę :)
ASK: http://ask.fm/Flyaboveaworld