'Podsumowanie sezonu 2012/13'
Idę wąską alejką wśród wysokich, murowanych budynków.
Muzyka wydobywająca się z moich poplątanych
słuchawek stara się choć trochę zagłuszyć ogarniające mnie myśli. Z każdym z
utworów związane są coraz to inne wspomnienia.
Jest bardzo wcześnie, ale mimo to nie mogę spać. Ptaki powoli zaczynają się
wybudzać i swoim świergotaniem przypominać o zbliżającej się wiośnie. Jest 25
marca. Poranne słońce wyłania się zza widnokręgu i swoimi promieniami rozświetla pogrążone w mroku ulice. Ostatki
śniegu skrzypią pod moimi stopami, a nieduże sople skapują na część
wyschniętego asfaltu. Mocno wdycham do
płuc pierwsze rześkie, wiosenne powietrze. Czuję powiew wolności, ale nawet
poczucie tej swobody sprawia, że myślami jestem zupełnie gdzieś indziej, niż
powinnam.
Wczoraj zakończyło się to, czym żyłam przez ostatnie parę miesięcy. Coś, co przez całą ponurą zimę trzymało mój optymizm i dzięki czemu stale się uśmiechałam. Zwykła rzecz, której poświęcałam swoją każdą wolną chwilę. Gdyby nie ona zaoszczędziłabym mnóstwo czasu, nerwów, pieniędzy, ale mimo wszystko to było to, co czyniło mnie szczęśliwszą.
Przypominam sobie wszystkie łzy radości i smutku, które wylałam w ciągu ostatnich miesięcy. Mam w głowie przeróżne emocje, które towarzyszyły mi niemal w każdy weekend. Były chwile załamania, kiedy miałam wrażenie, że świat jest okropnie niesprawiedliwy. Były też momenty błogiego szczęścia, gdy po prostu miałam ochotę wyjść i pokazać światu, ile radości może przynieść jeden uśmiech mojego idola. Wykrzyczeć, jaka jestem szczęśliwa.
25 marca 2013 roku. Tak, dokładnie wczoraj zakończył się sezon skoków narciarskich. Sezon wyjątkowo trudny i wymagający dużego przygotowania emocjonalnego. Jak w każdym były lepsze i gorsze chwile, które przynosiły niewyobrażalne emocje. Czas, w którym zawodnicy przede wszystkim udowodnili, że mimo upadku można się podnieść i wspiąć na najwyższy szczyt. Że nawet z najniższej depresji Morza Martwego można dojść na wysoki Mount Everest. Osobiście nazwałabym go sezonem spełnionych marzeń, nie tylko tych moich, ale i całego świata polskich skoków.
**
Lillehammer, Kuusamo, Sochi. Trzy pierwsze konkursy, których tak naprawdę nie chcę pamiętać. Wyczekiwany moment, który nagle stał się najgorszym koszmarem. Sezon dla polskiej drużyny zapowiadał się szalenie obiecująco i po udanych występach w LGP apetyty były ogromne. Zarówno trener, jak i zawodnicy wspominali o wysokiej dyspozycji naszego teamu, więc wszyscy czekaliśmy na chwilę, kiedy ją zaprezentują. Było wielkie nastawienie i nagle… ogromne rozczarowanie. Wyniki zupełnie odbiegające od naszych planów i marzeń. Jakby piękna wieża, którą budowaliśmy przez całe lato nagle runęła. Kibice, zdenerwowali całą sytuacją pokazali swoją prawdziwą naturę, obrażając i znieważając naszych skoczków. „To łajdacy, a nie skoczkowie” – pisał pewien internauta, na jednym ze skokowych portali. 11 miejsce w konkursie drużynowym jeszcze bardziej pobudziło raniące ich słowa. Tysiące artykułów w prasie i w internecie, w których amatorscy dziennikarze na swój sposób analizowali przyczynę kryzysu. Łzy bezradności w oczach Polaków wywoływały u mnie jeszcze większy dołek. Oglądając wywiady płakałam, bo widziałam jak moi idole straszliwie się męczą. Chciałam, żeby to była tylko kwestia kombinezonów i w duchu modliłam się o odbudowanie wymarzonej formy. Przecież miało być tak pięknie…
I nagle… Engelberg - wybawienie. Moje prośby zostały wysłuchane i Kamil Stoch zajął drugie miejsce w konkursie indywidualnym. Cudowne było to, że aż pięciu naszych zawodników zakwalifikowało się do finałowej trzydziestki. Wielka radość i jakże ogromny kamień, zdjęty serca każdego z nas. „Wszystko wróciło do normy” – mówił uśmiechnięty Kamil Stoch w jednym z wywiadów. Słowa te od razu mnie uspokoiły i zaufałam, że teraz może być już tylko lepiej. Utwierdziłam się w przekonaniu, że przecież nadzieja umiera ostatnia i cieszyłam się, że tak jak niestety mniejszość Polaków, nie zwątpiłam. Fałszywi kibice jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienili swoje nastawienie co do polskich skoków. Ich postawa była wręcz śmieszna, ale oni odeszli na dalszy plan. Ważne było to co dopiero przed nami ...
A co było? Był bardzo udany dla nas Turniej Czterech Skoczni, który polscy skoczkowie zakończyli na dobrych, mocnych pozycjach. Emocje towarzyszące w tych konkursach były nie do opisania. Pamiętna walka Jacobsena ze Schlierenzauerem, która niestety, a może i stety, zakończyła się powodzeniem dla Austriaka. Łzy Norwega, który przecież miał ogromne chęci na dorównanie rekordu Swena Hannawalda. Okropnie marzył o wygraniu wszystkich czterech konkursów i staniu się legendą, lecz przecież w sporcie zwycięża najlepszy.
Potem… każdy wie co było potem. Jeden z najważniejszych momentów sezonu, zarówno dla mnie, jak i dla większości moich skocznych przyjaciół. Konkursy w Polsce. W tym roku pierwszy raz w historii organizowany był konkurs Pucharu Świata w Wiśle. Do tego czasu na skoczni Malince rozgrywane były tylko zawody Letniego Grand Prix i Pucharu Kontynentalnego. Nagle nastał przełom i zawitanie najlepszych skoczków świata. Wracam myślami do jeszcze niedawnych czasów, kiedy to Malinka była w budowie. Mało kto wierzył, że powstanie tam skocznia, równie piękna i dorównująca innym na świecie. Kiedy to było tylko marzeniem władz miasta i praktycznie nikt się nie spodziewał, że wzgórze Adama Małysza stanie się tak popularne. Związek narciarski walczył do końca, aż w końcu marzenia stały się jawą. Udało się. 9 stycznia 2013 roku odbył się tam pierwszy konkurs Pucharu Świata. Niezastąpione chwile, publiczność i emocje, które mimo że jeszcze trudno porównać do Zakopanego, to ociekały wyjątkowością.
A potem Zakopane. Coroczny rytuał. Magia.
W czwartek odwołano kwalifikacje, bo pogoda nie do końca sprzyjała sprawiedliwemu skakaniu. Na szczęście dzień później wiatr ucichł i można było bez przeszkód rozegrać konkurs drużynowy. Wspólne zabawy kibiców, piosenki, tańce, miliony flag, to coś co na długo zapisze się w mojej pamięci. Cudowna atmosfera, która przyczyniła się do przeżywania najpiękniejszych chwil w moim życiu. Niesamowici ludzie, z którymi w końcu miałam okazję się spotkać i poznać osobiście. Wszystko to zebrało się w jedną całość i czyniło mnie niewiarygodnie szczęśliwą. Czułam, że jestem w swoim świecie, jestem w miejscu, gdzie marzenia stają się rzeczywistością. W końcu, po tylu latach niewątpliwie udało mi się przeżyć wyczekiwane chwile z dzieciństwa.
Polska prowadziła przez cały czas i miała przewagę kilkunastu punktów nad drugą Słowenią. W powietrzu czuć było zwycięstwo, jednak nie zawsze jest tak pięknie, jak sobie wymarzymy. Nieudany skok jednego z naszych reprezentantów i ostatecznie drugie miejsce w konkursie drużynowym. Radość, ale jakże ogromny niedosyt, bo przecież było tak blisko.
Drugi dzień podobnie, cudowna atmosfera i wiara towarzysząca do samego końca. Kamil Stoch zajął trzecie miejsce w konkursie indywidualnym. Żałował, że nie mógł dać kibicom czegoś więcej, ale mimo wszystko wykonał kawał dobrej roboty, za który wszyscy byliśmy mu wdzięczni.
Kiedyś ktoś powiedział mi, że Zakopane jest magiczne. Nie uwierzyłam, bo myślałam że to zwykłe konkursy, jak wszędzie indziej. Teraz jednak wiem, że miał rację. Kiedy wejdziesz na Wielką Krokiew, zobaczysz tłumy biało- czerwonych kibiców, miliony flag, to poczujesz, że jesteś właśnie w tym miejscu, w którym powinieneś być. Nie ma osoby, która nie pokochałaby tych cudownych emocji. Tam nie ma zmartwień, kłopotów ani trosk. Jest tylko dobra zabawa i zupełne oderwanie się od rzeczywistości.
Potem była Japonia, Norwegia, Czechy, Niemcy, gdzie nasi
zawodnicy kończyli konkursy na bardzo dobrych pozycjach. Nieubłagalnie zbliżało
się Val di Fiemme i Mistrzostwa Świata.
Polacy zdecydowali się nie występować w konkursach w Oberstdorfie i pojechać na treningi do kraju. Chcieli zaprezentować jak najlepsza formę na najważniejszej imprezie sezonu i przede wszystkim nie zawieść kibiców.
23 luty 2013 rok. Pierwszy konkurs indywidualny na średniej skoczni. Każdy z nas dokładnie pamięta te emocje, kiedy to Kamil Stoch zajmował drugie miejsce po pierwszej serii. Wiara i ogromne apetyty, bo przecież każdy z nas liczył na miejsce rodaka na podium. Niestety życie plecie różne scenariusze i nie zawsze to co sobie postanowimy, przeradza się w rzeczywistość.
Łzy. Łzy Kamila i nasz płacz. Rozgoryczenie Polaków, bo przecież było tak blisko. Polak miał podium na wyciągnięcie ręki, ale niestety udało mu się go dosięgnąć. „Stoch nie umie skakać”- wypowiadało się wiele ludzi na forach publicznych, co niektórych wprowadzało w jeszcze większy psychiczny dół. Skończyło się wynikiem Bardal, Schlierenzauer, Prevc i mimo sympatii do tych skoczków każdy z nas przeżywał swoje osobiste załamanie. Pozostało tylko do końca mieć nadzieję, bo nadzieja nigdy nie gaśnie. W końcu konkurs na dużej skoczni zbliżał się wielkimi krokami, więc Kamil musiał wziąć się w garść i postarać o dobre wyniki…
Polacy zdecydowali się nie występować w konkursach w Oberstdorfie i pojechać na treningi do kraju. Chcieli zaprezentować jak najlepsza formę na najważniejszej imprezie sezonu i przede wszystkim nie zawieść kibiców.
23 luty 2013 rok. Pierwszy konkurs indywidualny na średniej skoczni. Każdy z nas dokładnie pamięta te emocje, kiedy to Kamil Stoch zajmował drugie miejsce po pierwszej serii. Wiara i ogromne apetyty, bo przecież każdy z nas liczył na miejsce rodaka na podium. Niestety życie plecie różne scenariusze i nie zawsze to co sobie postanowimy, przeradza się w rzeczywistość.
Łzy. Łzy Kamila i nasz płacz. Rozgoryczenie Polaków, bo przecież było tak blisko. Polak miał podium na wyciągnięcie ręki, ale niestety udało mu się go dosięgnąć. „Stoch nie umie skakać”- wypowiadało się wiele ludzi na forach publicznych, co niektórych wprowadzało w jeszcze większy psychiczny dół. Skończyło się wynikiem Bardal, Schlierenzauer, Prevc i mimo sympatii do tych skoczków każdy z nas przeżywał swoje osobiste załamanie. Pozostało tylko do końca mieć nadzieję, bo nadzieja nigdy nie gaśnie. W końcu konkurs na dużej skoczni zbliżał się wielkimi krokami, więc Kamil musiał wziąć się w garść i postarać o dobre wyniki…
…Nikt nie oczekiwał, że będą aż tak wspaniałe. Nikt nie wierzył, że jeszcze zapłacze łzami szczęścia na tych z początku nieudanych Mistrzostwach. Staliśmy i wpatrywaliśmy się w telewizory nie wierząc własnym oczom. Kładliśmy się na ziemi i wylewaliśmy strumienie łez radości. Nie umiem opisać uczuć, które wtedy przeżywałam, bo podobno najpiękniejszych chwil nie da się określić słowami. To było coś cudownego, jak przepiękny sen, który nagle stał się rzeczywistością. Tego dnia spełniło się wiele marzeń. Marzenie każdego z nas o wygranej Polaka i marzenie Kamila, który już jako chłopiec marzył o tytule Mistrza Świata. Narodowe marzenia. Odbierając złoty medal rozpierała mnie duma, że wierzyłam w niego od samego początku. Nawet od tych chwil załamania w początkowych konkursach, aż do teraz.
Niewątpliwie, cała Polska była w euforii.
A co potem? Później był konkurs drużynowy. Konkurs, który
pokazał, że sport pisze zaskakujące scenariusze. Czwarte miejsce. Maleńka
strata do Niemców. Niedosyt. Znowu ten ogromny niedosyt, który towarzyszył nam
już w wielu konkursach tego sezonu. Zrezygnowana i trochę smutna włączyłam laptopa i weszłam
na twittera, żeby podzielić się swoim zrezygnowaniem z przyjaciółmi.
„Nastała pomyłka. Mamy trzecie miejsce!” – Darł się jeden z komentatorów TVP 1. Siedziałam i wpatrywałam się w telewizor z ogromnym niedowierzaniem. Moje usta przypominały trochę kształt litery „O”, kiedy zobaczyłam swoich rodaków skaczących i cieszących się z brązowego medalu. Zaczęłam krzyczeć i płakać ze szczęścia, a euforia którą przeżywali moi znajomi była bardzo podobna. Wszyscy przestali wierzyć, a tu życie znowu pokazało, że nadzieja umiera ostatnia. Wiara jest najważniejsza i bez niej się nie obejdzie, zarówno w realnym życiu, jak i w sporcie. Wszystko się może zdarzyć.
„Nastała pomyłka. Mamy trzecie miejsce!” – Darł się jeden z komentatorów TVP 1. Siedziałam i wpatrywałam się w telewizor z ogromnym niedowierzaniem. Moje usta przypominały trochę kształt litery „O”, kiedy zobaczyłam swoich rodaków skaczących i cieszących się z brązowego medalu. Zaczęłam krzyczeć i płakać ze szczęścia, a euforia którą przeżywali moi znajomi była bardzo podobna. Wszyscy przestali wierzyć, a tu życie znowu pokazało, że nadzieja umiera ostatnia. Wiara jest najważniejsza i bez niej się nie obejdzie, zarówno w realnym życiu, jak i w sporcie. Wszystko się może zdarzyć.
To były cudowne Mistrzostwa, które zostawiły niezatarty ślad w moim sercu.
Kamil, którego Predazzo podbudowało psychicznie, zaczął
imponować naprawdę zachwycającą formą. Jego skoki były aż tak niesamowite, że
miażdżył rywali w konkursach, treningach i seriach próbnych. Wygrał zawody w Kuopio
i Trondheim, a te zwycięstwa były dla niego jak najbardziej zasłużone. Zaczął
się prawdziwy skokowy szał i wszystkie media kreowały oszałamiającą formę
Stocha. Tym bardziej, że wskoczył na
trzecie miejsce klasyfikacji generalnej, które przecież utrzymał do końca.
Potem ukochane Oslo, które potwierdziło, że jest jednym z najbardziej magicznych miejsc na świecie. Holmenkollen po raz kolejny udowodniło, że jest polskie. Pierwsze w karierze zwycięstwo Piotrka Żyły wprowadziło wszystkich w pełen zachwyt. Uśmiechnięty skoczek z Wisły sam nie dowierzał, że udało mu się wygrać. Dzięki swojemu stylowi bycia i wypowiedziami zdobył uwielbienie całego świata skoków. Ludzie pokochali go za jego prostotę i z dnia na dzień stawał się coraz bardziej popularny. W lajkach na facebooku pobił Kamila Stocha, Thomasa Morgensterna, a nawet Gregora Schlierenzauera. Myślę, że będzie mi bardzo brakowało jego wypowiedzi przez ten czas. Definitywnie.
Idę i uśmiecham się sama do siebie. Pierwsi przechodnie patrzą
się na mnie ze zdziwieniem, ale nie przejmuję się tym i moja twarz nadal jest
rozpromieniona. Zdaję sobie sprawę, że będę tęskniła i naprawdę nie wiem, jak
przeżyję następne, koszmarne miesiące bez skoków. Uzależniłam się od swojej
pasji, dlatego tak trudno jest mi się z nią rozstać.
Mimo wszystko ten sezon zostawił głęboki zarys w mojej pamięci. Nigdy nie zapomnę cudownych konkursów w Polsce, Val di Fiemme, Skandynawii i Planicy. Nauczyłam się, że trzeba za wszelką cenę walczyć o swoje marzenia, bo nawet jeśli coś wydaje się niemożliwe, to iskierka nadziei nigdy nie gaśnie. Warto wierzyć do końca, bo wiara jest opłacalna. Nie można się poddawać, bo poddają się tylko słabi. Trzeba przedrzeć się przez tłum i a wszelką cenę pokazać światu swoją wyjątkowość. Tylko taką drogą dojdzie się do spełnienia swoich najskrytszych marzeń.
Właśnie tego nauczył mnie ten sezon.
Mimo wszystko ten sezon zostawił głęboki zarys w mojej pamięci. Nigdy nie zapomnę cudownych konkursów w Polsce, Val di Fiemme, Skandynawii i Planicy. Nauczyłam się, że trzeba za wszelką cenę walczyć o swoje marzenia, bo nawet jeśli coś wydaje się niemożliwe, to iskierka nadziei nigdy nie gaśnie. Warto wierzyć do końca, bo wiara jest opłacalna. Nie można się poddawać, bo poddają się tylko słabi. Trzeba przedrzeć się przez tłum i a wszelką cenę pokazać światu swoją wyjątkowość. Tylko taką drogą dojdzie się do spełnienia swoich najskrytszych marzeń.
Właśnie tego nauczył mnie ten sezon.
Lekki wietrzyk delikatnie powiewa moje rozpuszczone włosy, a ja zaczynam czuć się silniejsza niż zwykle. Skoki uczyniły mnie kimś lepszym i odporniejszym psychicznie. Jestem szczęściarą, że mam tak wspaniałą pasję, która daje mi chęci do życia.
Zatopiona w głębokiej muzyce i oświetlona przez promienie ciepłego, wiosennego słońca nadal idę przed siebie...
______________________________________________________________
W tym miejscu chciałabym ogromnie podziękować wszystkim osobom, które razem ze mną przeżywały te wszystkie wspaniałe emocje związane z tegorocznym sezonem. Wszystkim tym, których spotkałam w Wiśle, Zakopanem, i z którymi dzieliłam najpiękniejsze chwile mojego życia. Sezon dobiegł końca, ale nasza przyjaźń pozostanie wieczna.
Do zobaczenia na LGP, kochani :)
Do zobaczenia na LGP, kochani :)