czwartek, 28 lutego 2013

III


"Z ziemi włoskiej do Polski"

Siedzisz przed telewizorem. Siedzisz i czekasz na ten jeden, jedyny, najważniejszy skok. Skok, od którego zależy całe twoje szczęście. Nie masz pojęcia co będzie za parę minut, sekund. Nie wiesz, czy za chwilę zaczniesz szaleć ze szczęścia, czy może wybuchniesz głośnym płaczem. Masz nadzieję, ale twoja nadzieja tyle już razy cię zawodziła. Wiesz, że skacze wspaniale, ale przecież jak każdy jest człowiekiem i może popełniać błędy. Masz coś czego nie mają inni, bo masz wielką miłość do tego sportu, której nikt ci nie odbierze. Wierzysz. Bo chyba wiara jest tu najważniejsza. Bez niej się nie obejdzie, zarówno w życiu, jak i w sporcie. Patrzysz i przenosisz się duchem do Val di Fiemme, gdzie on zaraz ma oddać swój decydujący skok. Mocno ściskasz kciuki i oddychasz coraz szybciej. 
Jest. Już jest. Siedzi na belce i lekko się uśmiecha. Na twojej twarzy pojawia się ulga, bo wiesz że wszystko jest w porządku. Dostaje sygnał od trenera i odpycha się od belki, a ty zaczynasz cała się trząść. W jednej chwili jest ci zimno i gorąco. Emocje i uczucia przeplatają się ze sobą jak dwie dłonie, aż sama nie panujesz nad tym, co wyprawia twój mózg. Wariujesz, najzwyczajniej w świecie wariujesz.
Jedzie po rozbiegu i mocno wybija się z progu. Zrywasz się z fotela razem z nim, jakbyś miała mu tym pomóc. Zaczynasz lekko dmuchać i przypominają ci się czasy z dzieciństwa. Pamiętasz jak dziesięć lat temu wydmuchałaś zwycięstwo naszemu mistrzowi? Pamiętasz, swój stres, mimo że jeszcze nie bardzo zdawałaś sobie sprawę z piękna tego sportu? Stałaś i wpatrywałaś się w telewizor. Wierzyłaś, tak jak teraz wierzysz. Byłaś taka sama, tylko o dziesięć lat młodsza. Ta chwila też jest taka sama, tylko o dziesięć lat późniejsza. D z i e s i ę ć  l a t.
 Leci pięknie, jak szybowiec, latawiec albo ptak. Jak polski orzeł na włoskiej ziemi. Ląduje, a ty nagle zapominasz o całym świecie. Kładziesz się na ziemi i płaczesz. Po prostu płaczesz. Ze szczęścia. Wiesz że wygrał, już wszyscy wiedzą. Mimo, że nie ma jeszcze dokładnych wyników, to wszystko jest już wiadome. Powoli dochodzisz do siebie i znów spoglądasz w ekran. Skoczkowie z kadry go otaczają i przy jego nazwisku pojawia się wyczekiwana cyfra „1”. Jest Mistrzem Świata i osiągnął to, o czym marzy każdy skoczek. M i s t r z.
Wpada w euforię i dostaje gratulacje od zawodników. Jeszcze nigdy nie widziałaś go tak szczęśliwego. Jeszcze nigdy nie widziałaś siebie takiej szczęśliwej. Kadrowicze niosą go na barkach, a on pokazuje dumny gest zwycięstwa. Ocierasz lekko swoją łzę łzę wzruszenia i radości. Tak bardzo chciałabyś tam teraz być i osobiście mu pogratulować. Tak bardzo chciałabyś uścisnąć jego dłoń. Tak bardzo chciałabyś stanąć przed nim i powiedzieć „Wierzyłam od początku, Kamil”.


______________________________________________________________


Pisane w biegu i w wielkich emocjach po konkursie.
I tak wszystkich uczuć nie da się opisać.
Jak na razie, tylko Kamil.
Wellinger, kiedy indziej.
Dla takich chwil warto żyć.